Rozdział III - Mightwood

Tak, jak Hyeon-ju przypuszczała, ciężko jej było zasnąć tej nocy. Nadal fascynowało ją każde uderzenie jej serca, a jej ciało było tak naprężone, jak gdyby trwało w gotowości na sygnał startu. Miała ochotę wstać i eksplorować magiczne księgi w ukrytym pokoju, ale rozsądek nakazywał jej podejmować kolejne próby zaśnięcia. Leżała w aksamitnej pościeli w podwójnym łóżku, które pozwalałoby jej się zachwycać swoją wygodą w pełni, gdyby w dyskomfort nie wprawiał jej fakt, że jeszcze zeszłej nocy spał w nim mistrz Griffin. Viridis na jej oczach zmienił pościel za pomocą magii, zapewniając, że może się rozgościć w domu, ale nie była pewna, czy w ogóle przyzwyczai się do tego miejsca. 

Tęskniła za rodzinnym domem w Ikcho, mimo że większość związanych z nim wspomnień była pełna bólu i smutku z powodu rozbitej rodziny. Tęskniła za wynajmowanym mieszkaniem w Mericoln, nawet jeśli przywodziło na myśl wszystkie miejsca, które odwiedziła z Min-woo i wszystkie ulice, które przespacerowała z Hye-jin. Myślała o mamie, która w obecnym roku powinna mieć 81 lat, o ile nadal żyła. Nie potrafiła jeszcze przypomnieć sobie wszystkich szczegółów z dawnego życia, jak gdyby dochodziły do niej stopniowo, zatem nie pamiętała numeru stacjonarnego telefonu w domu rodzinnym. Różne cyfry dręczyły jej umysł, usiłując połączyć się we właściwy ciąg. Rozmyślała nad tym, co jeśli naprawdę będzie mogła spotkać się z mamą – co jej powie? Nie była przekonana, że w ogóle będzie jej wolno powiedzieć prawdę, lecz nie dbała o to. Chciała zobaczyć się z nią choć raz, przytulić ją, pożegnać się. Serce bolało ją na myśl, że mama najprawdopodobniej cały ten czas obwiniała się za śmierć swojej córki, skoro to ona zaproponowała jej wyjazd wakacje. Hyeon-ju zupełnie tak tego nie odbierała, ale spodziewała się takiej reakcji. 

Przewróciła się na drugi bok. Ciekawe, czy Min-woo i Hye-jin zostali oficjalnie razem po jej śmierci, czy ich uczucie zabiło poczucie winy. Pragnęła, by jej były chłopak i najlepsza przyjaciółka gorzko żałowali tego, że mieli romans. Hyeon-ju zmarła właściwie niedługo po tym, jak to się wydarzyło, więc gniew i rozpacz były w niej jeszcze żywe. Ach, gdyby tak mogła po śmierci zmienić się w zjawę i nawiedzać tę dwójkę codziennie przez 30 lat. Kiedyś byli jej tak bliscy, teraz chciała zobaczyć ich cierpienie. Sprzeczność emocji zapiekła ją od środka i z oczu zaczynały skapywać jej łzy.  Oboje musieli mieć teraz po 58 lat. Czy Min-woo nadal pasjonuje się fotografią? Czy Hye-jin spełnia się w rodzinnym biznesie? Mogłaby chociaż spróbować wyszukać coś na ich temat w Internecie… ale postanowiła sobie stanowczo, że nie byli tego warci.

Obróciła się na plecy i rozejrzała się po sypialni. Omiotła wzrokiem ciemnozielone ściany obite drewnianą boazerią, dwudrzwiową szafę i lustro stojące obok niej, wysoką półkę na książki oraz dwuosobową sofę pod oknem naprzeciwko łóżka zajmującego środek pokoju. W pomieszczeniu były dwa okna – jedno prostokątne, na wprost od łóżka, drugie większe i okrągłe, w ścianie po prawej stronie. Oba okna były przysłonięte długimi kremowymi zasłonami i w obu zawieszone były lampki w kształcie złotych gwiazdek. W kącie pokoju znajdował się wysoki, ceramiczny wazon ze sztucznymi liliami, zaś na podłodze leżał okrągły, fioletowo-beżowy dywan. 

Hyeon-ju wlepiła wzrok w sufit. Dlaczego Żniwiarz Dusz nie odesłał jej w zaświaty? Co dokładnie działo się z jej duszą przez 30 lat zawieszenia? Przeszył ją dreszcz i postanowiła już o tym nie rozmyślać. Usłyszała pobrzękiwanie dzwoneczka i cichy tupot łapek. Obróciła się na bok, by spojrzeć w błyszczące kocie oczy. Saturn przyglądał jej się przez chwilę, a później wskoczył na łóżko. Westchnęła, przesuwając się nieco, choć było jej właściwie miło, gdy kot przyłasił się do jej boku i zajął miejsce tuż przy niej. Pogłaskała go delikatnie za uchem. Uczucie miękkiego futerka pod palcami przywiodło na myśl suczkę Gyuri, z którą bawiła się za dzieciaka i którą z rozdartym sercem żegnała z tego świata na początku swoich studiów. Była ukochanym mieszańcem z wilczurem, niezawodną pocieszycielką i towarzyszką. Podobnie jak dziś Saturn, Gyuri przytulała się do niej w nocy, szczególnie gdy wyczuwała, że coś ją trapiło. Hyeon-ju uśmiechnęła się lekko na wspomnienie, jak mama zawsze później ją ganiła, że wpuściła psa do łóżka, na co znów zaszkliły jej się oczy.

Przez jej umysł zaczęły przenikać różne wizje, jak gdyby połowicznie zmorzył ją sen, bowiem wciąż czuła ciepłe futro Saturna pod palcami oraz słyszała własny oddech. Zobaczyła twarz mamy uśmiechającej się do niej przez łzy, próbującej znaleźć sobie siłę na uśmiech, by przestała się martwić kolejną kłótnią. Zobaczyła Min-woo zasłoniętego aparatem, skupionego na uchwyceniu jej najlepszego profilu. Zobaczyła Hye-jin, pijaną i wesołą, wyjącą do mikrofonu w pokoju karaoke. Zobaczyła swoich znajomych z pracy, nowo zatrudnionych siedzących razem i żywo gawędzących. Zobaczyła lazurowy ocean… Wspomnienie było tak żywe, że zamiast ciepła kociego ciała, niemal poczuła pod palcami rozgrzany piasek. Chwile błogiego spokoju, a później przeraźliwy ból głowy i głęboka ciemność. Poczuła, jak jej ciało zadrżało z lęku. Może i śniła, bo nie potrafiła przerwać tych wizji. Myślała, że zaraz nadejdą groteskowe obrazy budzenia się w grobie i wygrzebywania się z wilgotnej ziemi, lecz nagle znalazła się w długim, wąskim korytarzu z posadzką i ścianami wykonanymi z czarnego kamienia. Gdy zrobiła krok naprzód, korytarz wypełniło światło pochodni rozjarzonych na turkusowo. Zobaczyła przed sobą ciemną sylwetkę wysokiej osoby postawnej budowy. Postać nosiła czarne szaty, a jej twarz przysłaniał kaptur. 

– Śmierć… – szepnęła, przerażona. 

Chciała uciec, jednak gdy odwróciła się z impetem, nogi odmówiły jej posłuszeństwa i runęła na zimną podłogę. Poczuła potworny ból głowy i zobaczyła plamę krwi rozlewającą się po posadzce.

Wydała z siebie zduszony okrzyk. W pokoju było jasno, choć zasłony nadal były zaciągnięte. Saturn zeskoczył z łóżka pod wpływem jej gwałtownej reakcji, lecz najwyraźniej przespał z nią całą noc. 

Hyeon-ju podeszła do okna, by rozsunąć zasłony i przyjrzeć się widokom zza szyby. Był mglisty, deszczowy poranek, wzdłuż osiedlowej ulicy spływała woda trącana kolejnymi kroplami mżawki, a iglastymi drzewami z zagajnika po drugiej stronie ulicy poruszały delikatne powiewy wiatru. Hyeon-ju zarzuciła na koszulę nocną długi, zwiewny sweter, i wyszła do łazienki. Gdy myła twarz, nagle zamarła w bezruchu, wpatrując się w swoje odbicie. W jej ciemnych oczach odbijały się czerwonawe plamki, jak gdyby promienie zachodzącego słońca zmieniły kolor jej tęczówek. Obróciła się kilkukrotnie pod różnymi kątami, ale plamki nie znikały. Były jak subtelne ogniki.

Gdy zeszła na parter, ledwo pomyślała o Viridisie, a ten już zjawił się u jej boku.

– Dzień dobry, Cho Hyeon-ju! – zaświergotał. – Jak się spało pierwszej nocy w nowym domu? Saturn zapewne dotrzymywał ci towarzystwa?

Hyeon-ju skinęła głową.

– Dzień dobry, Viridisie. Moje oczy podejrzanie zmieniły kolor… a właściwie odcień.

– To dlatego, że zjadłaś owoc życia – wyjaśnił, znów zadowolony, że może coś wytłumaczyć. – Owoc pozostawia ślad na duszy, a oczy są jej zwierciadłem, zatem zdradzają, że ktoś go skosztował. Nie martw się, mało kto w ogóle zwraca na to uwagę, jedynie ci, którzy potrafią rozpoznać spożycie owocu.

– Czy na zdjęciach moje oczy będą miały czerwony kolor?

– Nie powinny, większość aparatów sobie z tym radzi. Nawet jeśli ktoś użyje flesza, to efekt czerwonych oczu może pojawić się na zdjęciu również osobom, które nigdy nie jadły owocu życia, prawda?

Hyeon-ju nieco się uspokoiła, ale zastanawiała się, czy będzie w stanie się przyzwyczaić do tej subtelnej różnicy, bo miała wrażenie, że jej spojrzenie nabrało teraz zupełnie innego wyrazu – jakby nosiła na sobie piętno przywrócenia do życia.

– Pogrzeb mistrza odbędzie się jutro. – Viridis zmienił temat. – Do Elarionis możesz się dostać za pomocą portalu, pokażę ci, gdzie go znaleźć. Proponuję spacer po magicznym Mightwood, a później wertowanie ksiąg! Będziesz mogła poznać podstawowe informacje o Elarionis, zanim je odwiedzisz.


Hyeon-ju nie zdawała sobie sprawy z tego, jak głodna była, zanim ugryzła pierwszy kęs tosta z żółtym serem i jajkiem sadzonym. W domu było mnóstwo zapasów jedzenia, na które mistrz nałożył zaklęcie wydłużające ich przydatność do spożycia. Hyeon-ju zastanawiała się, czy zaklęcia przestają działać po śmierci czarodzieja, który je rzucił, czy też może zaklęcia mistrza się utrzymują, bo ona teraz nosi w sobie jego moc magiczną. Miała jednak usta zbyt pełne jedzeniem i myśli zbyt zajęte delektowaniem się, by pytać o to Viridisa. 

Po śniadaniu ubrała się tak samo jak poprzedniego dnia, przywdziała również granatowy płaszcz i wzięła ze sobą czerwoną parasolkę mistrza, po czym wyszła na zewnątrz. Krople deszczu dudniły o parasol, a zmokłe liście skrzypiały pod jej stopami. Szła osiedlową uliczką wzdłuż sosnowych zagajników,  rozglądając się uważnie. Viridis trzymał się blisko, chroniąc przed deszczem swoje liściaste skrzydełka pod parasolem.

– Gdzie dokładnie jest Mightwood? Czy jesteśmy w ogóle w Etrei? – zapytała Hyeon-ju w zadumie.

– Jesteśmy, ale nie odnajdziesz Mightwood na mapie. Większość czarodziejów mieszka w Elarionis, a czarodziejskie miejscowości w świecie ludzi są dobrze skryte i chronione zaklęciami. Niektórzy wybierają życie na ziemi na stałe, podczas gdy inni, szczególnie ci ze szlacheckich rodów, mają w twoim świecie posiadłości, które odwiedzają od czasu do czasu. Na przykład ten dom – zaprezentował Viridis, wskazując pyszczkiem wyłaniający się nad sosnami w oddali wysoki budynek z niebieskimi dachami i jasnobeżową elewacją – należy do rodu Alvarado, z którego pochodzą wyrocznie pełniące istotne funkcje w Radzie Elarionis.

– Posiadłość wydaje się piękna, przynajmniej z oddali. Naprawdę przez większość czasu stoi pusta?

– Czarodziejom ze szlacheckich rodów zwykle o wiele lepiej żyje się w Elarionis, a ich ziemskie domy to punkty zaczepienia w świecie ludzi. Mistrz nigdy nie przepadał za Mightwood, głównie dlatego że brakowało mu tu społeczności. W samym Elarionis też nie czuł się zbyt komfortowo. Najlepiej było mu wśród ludzi, więc mieszkał w Farehill.

– Dlaczego przeniósł cały swój dom do Mightwood?

– Uznał, że tutaj będzie ci lepiej oswoić się z mocą magiczną. Całe Mightwood przepełnia stabilna energia podtrzymywana przez skrystalizowane esencje magiczne w postaci obelisków symbolizujących rody, które je postawiły. Czarodziejskie rody szlacheckie zwykle przyjmują nazwiska od kryształów szlachetnych, znanych ze swoich właściwości magicznych i wchłaniania rozmaitych energii. Obeliski zapewniają stabilność mocy i ochronę przed czarną magią – oznajmił Viridis. – Za chwilę sama zobaczysz.

Skręcili w uliczkę biegnącą wzdłuż strumyka osłoniętego sosnami, a kawałek dalej wyłoniła się niewielka polana, pośrodku którego stał wysoki na trzy metry kamienny obelisk porośnięty mchem i bluszczem. Hyeon-ju podeszła bliżej i zauważyła wyryte w kamieniu runy połyskujące bladą zielenią oraz podłużny szlif szmaragdu umieszczony na górze u zwężenia bryły. Kamień również emanował pulsującym światłem.

– Ten obelisk postawiła rodzina Emerald – zaprezentował Viridis. – To jeden ze starożytnych rodów, którego przodkowie przyczynili się do powstania Mightwood. Słyną z wielkiego talentu do zaklęć przywołujących, a sam ród założyły elfy. Teraz już nie ma w nim żadnego elfa, bo Rada Elarionis surowo zabroniła czarodziejom mieszania się z innymi rasami władającymi magią.

– Niech zgadnę, elfi magowie są o wiele potężniejsi?

– Zgadza się. Było kiedyś… – Viridis się zawahał. Hyeon-ju spojrzała na niego z zaciekawieniem, machając dłonią w zachęcającym geście. – Było kiedyś takie elfie rodzeństwo, które władało starożytną magią, przez co poważnie zagroziło światu. Od tamtego czasu Rada uznała, że na elfy oraz inne gatunki magiczne, których ciała o wiele lepiej absorbują magię niż ludzkie, należy nałożyć pieczęć ograniczającą magiczne moce. 

– Zatem ludzie zdominowali nawet świat magii – podsumowała Hyeon-ju. – Radzie udaje się kontrolować wszystkie magiczne rasy?

– Rada robi, co w jej mocy, ale naturalnie zdarzają się nieodnalezione przypadki, a także tereny zdominowane przez inne rasy niż ludzie, których od wieków nie udało się ludziom przejąć.

Hyeon-ju zamyśliła się na moment.

– To znaczy, że nieważne, jak potężna się stanę, nigdy nie będę tak potężna jak elfy władające magią w pełnym potencjale?

Viridis, zwykle tak ochoczy do odpowiadania na jej pytania, znów jakiś czas milczał, ale ona czekała.

– Niektórzy ludzie posiadają ciała, które przyswajają magię o wiele lepiej – odrzekł w końcu. – Jeśli tak się stanie, Rada pieczętuje także ich moc. Najpotężniejsi czarodzieje Elarionis nie lubią mieć konkurencji, a szlacheckie rody dbają o to, by potęga została w ich rodzinach. Tak jest ich zdaniem najbezpieczniej dla świata.

– Czują się zagrożeni także o swoje ciepłe posadki, prawda? – prychnęła Hyeon-ju. – Jak potężny był mistrz Griffin?

Viridis spojrzał na nią z niepokojem. Czerwone iskierki zatańczyły w jej oczach z determinacją.

– Musimy znaleźć ci jakiś eliksir na rozjaśnienie tych plamek w oczach – zmienił temat. – Podczas pogrzebu mistrza w Elarionis będą tłumy czarodziejów, więc lepiej nie ryzykować, że ktoś z nich rozpozna w tobie owoc życia. 

 

Hyeon-ju uznała to za wielce interesujące, że Viridis czuł się niewygodnie z jej pytaniami o potęgę czarodziejskiej mocy.  Próbowała jeszcze dopytać go o moce mistrza, ale ją zbywał, podając głównie argument, że mistrz był zbyt skromny i nie okazywał swojego pełnego potencjału. Czyżby Viridis obawiał się, że Hyeon-ju może użyć magii do czegoś zakazanego lub stanowić zagrożenie dla świata magicznego swoją potęgą? Nie była pewna, jakie rezultaty mogła w ogóle osiągnąć, ale wizja potęgi niezmiernie ją kusiła. Uznała, że skoro ma już zostać czarodziejką, powinna zostać najlepszą czarodziejką w jej dziejach. Do czego byłaby zdolna? Czy mogłaby cofnąć czas, wrócić do swoich dziejów jako czarodziejka i zemścić się na Min-woo i Hye-jin? Odkryć tajemnice wszechświata, posiąść nieśmiertelność, uleczyć śmiertelne choroby i przywrócić zmarłych do życia?

„Jeszcze niczego nie potrafię, a on już widzi we mnie potencjalne zagrożenie” – pomyślała, zerkając na Viridisa. „Skoro cała ta czarodziejska rada tak drży o każdego, kto potrafi coś więcej, będzie ciężko nie zwracać na siebie ich uwagi.”

Mijali kolejne sosnowe zagajniki, mokre żwirowe uliczki i coraz wymyślniejsze domy skryte gdzieś za drzewami, z dala od drogi, aż skręcili w iglasty las. Gęste drzewa chroniły przed kroplami deszczu, zatem Viridis wyleciał spod parasola, który Hyeon-ju zaraz potem opuściła. Zapach sosen i mokrej gleby intensywnie do niej dotarł.

– Zdaje mi się, że odczuwam wszystko jeszcze mocniej, odkąd powstałam z martwych – stwierdziła Hyeon-ju, poruszając nozdrzami. – Tak, jakby moje zmysły się wyostrzyły.

– To efekt tuż po zjedzeniu owocu życia – wyjaśnił Viridis. – Przez jakiś czas będziesz mocniej doświadczać wszelkich zmysłów i emocji. Uważaj na siebie, Cho Hyeon-ju, bo ból również będzie mocniej odczuwalny.

Starała się nie iść za myślą, że brzmiało to jak groźba.

– Dokąd idziemy?

– Pokażę ci jeden z portali do Elarionis. Wzięłaś różdżkę, prawda?

Hyeon-ju skinęła głową. Ruszyli dalej.

Wreszcie spośród sosen wyłoniło się niewielkie jezioro otoczone omszałymi skałami porozrzucanymi na brzegach. Tafla wody odbijała szare chmury, z których sączyła się już lekka mżawka. Nad brzegiem ze strony, z której przyszli, stał kamienny łuk zdobiony jaskrawoniebieskimi symbolami. 

– Teraz wyjmij różdżkę – polecił Viridis.

Hyeon-ju odsłoniła część płaszcza, żeby wyciągnąć z niej srebrną różdżkę z marmurowym uchwytem. Gdy zbliżyła ją do portalu, kryształ na jej końcu oraz symbole nieco rozjaśniały, a powietrze między łukiem zafalowało.

– Przejście uaktywni się, gdy wykonasz odpowiedni gest różdżką oraz jednocześnie wypowiesz zaklęcie: raetu-selir – poinstruował Viridis. – Możesz powtórzyć, nie rzucisz tak łatwo zaklęcia, zanim nie nauczysz się gestu.

Raetu… selir? 

– Dokładnie tak! 

– W jakim to języku?

– W języku oudiri, którym posługiwali się mieszkańcy Oudirath, czyli obecnego Elarionis.

Hyeon-ju poczuła, jak przez słowa zaklęcia przepływa jakaś starożytna siła, a ręka trzymająca różdżkę nieco jej zadrżała, choć nie rzuciła żadnego czaru. Pomyślała o wszystkich magicznych księgach w ukrytym pomieszczeniu mistrza i zapragnęła dogłębnie je przejrzeć. 

 

~*~


 Każdą inkantację podstawową należy rozpocząć od określenia intencji rzucanego zaklęcia spośród dziesięciu rodzajów magii: ofensywnej (uru-), defensywnej (doru-), uzdrawiającej (hravu-), wspomagającej (jergu-), kontrolującej (quartu-), iluzyjnej (saatru-), przyzywającej (ilru-), przemieniającej (aavru-), przemieszczającej (raetu-) i nekrotycznej (miru-). 

Następnie należy wypowiedzieć rdzeń nadający zaklęciu znaczenie – jest to sylaba akcentowana. Zaklęcie kończy się na cząstce określającej jego finalną formę, czyli czas rzucania i trwania: 

-ir – dla natychmiastowych zaklęć wywołujących efekt trwający chwilę;

-or – dla natychmiastowych zaklęć wywołujących efekt trwający do odwołania;

-ath – dla rytualnych zaklęć wywołujących efekt trwający zależnie od poziomu zaklęcia;

-eth – dla natychmiastowych zaklęć odwołujących efekty trwające do odwołania lub określone czasowo.

Cytat z: François Quartz. Podstawy rzucania zaklęć. Kurs dla początkujących.

 

Hyeon-ju oparła się o stolik w ukrytym pomieszczeniu, przyglądając się księdze otwartej na blacie, a następnie spojrzała na zapisanym zaklęciu na skrawku papieru. Raetu-selir. 

Raetu – początkowy człon zaklęć przemieszczających. 

Otworzyła inną księgę, Podstawowy słownik rdzeni zaklęć, i wyszukała słowa pod „s“.

Sel – przestrzeń.

Wróciła wzrokiem do podręcznika magii, gdzie odnalazła ostatni człon zaklęcia.

Ir – natychmiastowe wywołanie jednorazowego zaklęcia.

Raetu-selir, przejście w przestrzeń, zaklęcie aktywujące portale do Elarionis. 

 

Wraz z wypowiedzeniem zaklęcia należy wykonać odpowiedni gest różdżką, w zależności od intencji. Poniżej przedstawiono tabelę z gestami różdżki odpowiadającym intencji zaklęcia.

 

Hyeon-ju przyjrzała się ścieżce ruchu zaklęć przemieszczających i wykonała uważnie gest palcem wskazującym. Najpierw przesunęła go w linii prostej w dół, później skręciła w prawo, tworząc niewielką pętelkę, a na koniec pociągnęła go w dół pod ostrym kątem. Poćwiczyła gest jeszcze parę razy, starając się wykonać go jak najpłynniej.

„Czy będę w stanie rzucić jakieś zaklęcie już teraz?” – pomyślała, patrząc z zaciekawieniem na podstawowe zaklęcia. „A może to?”

Spojrzała na zaklęcie wywołujące światło, jedno z zaklęć przyzywających. Uniosła palec wskazujący i wykonała inny gest: pętelka zawijająca w prawo, łuk na dole, kolejna pętelka. Chwyciła różdżkę, czując przyspieszające bicie serca, i zaczęła kreślić symbol w powietrzu. Kryształ na końcu różdżki rozbłysnął, a w powietrzu pojawiły się świetliste smugi od każdego jej ruchu.

Ilru-naror! – zawołała, czując, jak energia spłynęła z jej ręki do różdżki.

Na końcu różdżki pojawiło się miękkie światło. Hyeon-ju uśmiechnęła się z podziwem i dumą. Zaklęcie światła, według podręcznika Quartza, było jednym z najprostszych, i z nauką innych mogło nie pójść już tak gładko, jednak to było niesamowite doświadczenie. Przesuwała świecącą różdżkę nad stronicami księgi, podziwiając jej delikatne światło.

„Od dzisiaj czytam tylko w ten sposób” – postanowiła w duchu.

Spojrzała z powrotem na stronę z zakończeniami inkantacji, by ponownie wykonać różdżką gest przywołujący i odwołać zaklęcie.

Ilru-nareth! 

Światło zgasło. 

 

Niniejszy podręcznik przedstawia najbardziej podstawowe zaklęcia, które tworzy się wedle wyżej wymienionej formuły. Odradza się prób tworzenia nowych zaklęć z pojedynczych członów, ponieważ nie wszystkie można ze sobą połączyć według tego wzoru.

Podsumowując, podstawowe elementy składowe zaklęć to gest oraz słowo. Warto nadmienić, że nie wszyscy czarodzieje i czarodziejki rzucają zaklęcia przy pomocy słowa – niegdyś sądzono, że zaklęcia nie mają mocy bez słów, jednakże obecnie wiadomo, iż to kwestia indywidualnych preferencji magicznych i wcale nie ma to wpływu na siłę zaklęcia. 

Bardziej rozszerzone formy inkantacji, szczególnie rytualne, mogą wymagać wypowiadania całych zdań, a nawet wykorzystania komponentów materialnych, co niejako zakrawa już o obszary alchemii.

 

Hyeon-ju ścisnęła różdżkę i jeszcze parę razy wywołała i odwołała światło z jej końca. Viridis polecił, by dla bezpieczeństwa odłożyła naukę bardziej złożonych form, aż nie znajdzie mistrza magii. 

 

 

– Jak mam znaleźć mistrza magii, nie wzbudzając przy tym podejrzeń? – spytała Hyeon-ju, gdy później siedziała przy stole w kuchni, wlewając łyżeczkę miodu do gorącej herbaty. – Mówiłeś, żeby nie zwracać na siebie uwagi w Elarionis.

– Mistrz Griffin szkolił pewnego czarodzieja, Malcolma Evergreena – odrzekł Viridis, unosząc się nad stolikiem. – Zrobił to wbrew hierarchii czarodziejów, wedle której czarodzieje mogą udzielać szkoleń innym tylko o jedną rangę wtajemniczenia niżej od nich.

– Ranga wtajemniczenia? Czy to jakiś tytuł przyznawany przez Radę?

– Tak, czarodzieje zdają egzamin na każdy kolejny stopień. Zaczyna się od rangi nowicjusza, później przechodzi się w adepta, następnie w mistrza, potem w wielkiego mistrza, a na samym szczycie w mędrca, jednak ten tytuł osiągają nieliczne wybitne jednostki.

Hyeon-ju zmarszczyła czoło, mieszając herbatę.

– Czy mistrz Griffin nie przedstawił mi się jako mędrzec? – zastanowiła się, próbując przypomnieć sobie wstęp wiadomości, którą jej zostawił. – Ciągle nazywasz go mistrzem.

Viridis przechylił lekko łebek na bok.

– Racja, mój pan był mędrcem alchemii, ale nigdy nie przepadał za wielkimi tytułami i prosił wszystkich, by zwracali się do niego jak do mistrza – odparł. – Mawiał, że miał rangę mistrza tak długo, że się już do niej przyzwyczaił, a poza tym uważał tytuł wielkiego mistrza za przesadę.

– A jaką rangę ma ten cały Evergreen? 

– Malcolm Evergreen jest wielkim mistrzem.

– Myślisz, że zgodzi się mnie nauczać, bo mędrzec Griffin zrobił dla niego wyjątek? – spytała, po czym wypiła łyk ciepłej herbaty.

– Tak zakładam. Takie wyjątki są możliwe, gdy uczeń straci mistrza, oczywiście, jeśli nowy mistrz zgodzi się przyjąć nowego ucznia.

– A jeśli będzie chciał przetestować, co umiem? Mogę mu pokazać jedynie najprostsze zaklęcie przywołania i odwołania światła oraz aktywację portalu do Elarionis…

– Opanowałaś zaklęcie światła? Pochwal się, mistrzyni!

Hyeon-ju się roześmiała.

– Bez przesady z tą mistrzynią! To jedno z najbardziej podstawowych zaklęć, a ja, jak się zdaje, jestem jedynie nowicjuszką.

Mimo to i tak z dumą wyjęła z kieszeni różdżkę.

Ilru-naror!

Koniec różdżki rozbłysnął niczym latarka.

– Och, wydaje mi się, że świeci trochę mocniej niż za pierwszym razem – zastanowiła się.

– Twoja moc będzie rosła w miarę rzucanych zaklęć – oznajmił Viridis, wyraźnie ucieszony. – Moc magiczna przepływa przez twoje ciało, skupia się w różdżce, a potem wyładowuje się na zewnątrz. Im potężniejsze zaklęcia rzucasz, tym więcej mocy musisz w sobie zebrać. Mistrz nauczy cię, jak radzić sobie z gromadzeniem mocy i jak nie przesadzić. Potężniejsze zaklęcia wymagają większego doświadczenia i precyzji, inaczej grozi ci efekt uboczny w postaci klątwy lub rozerwanie twojego ciała przez magię.

– Domyślam się, że samo posiadanie mocy mędrca Griffina nie wystarczy… Muszę nauczyć się jej używać.

– Dokładnie.

Westchnęła. Spodziewała się, że to nie będzie takie proste, jednak tliła się w niej nadzieja, że gdzieś w księgach znajdzie jakiekolwiek zaklęcie, które pozwoli jej skontaktować się z mamą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział II - Owoc życia

Rozdział I - Stare drzewo